Atak Wietnamskich Karteli

Może się mieścić w domu obok, za ścianą, a sąsiedzi niczego nie będą się domyślać. Policja coraz częściej likwiduje plantacje marihuany. Najczęściej uprawiane przez Wietnamczyków.

     Naprawdę nic nie wiedzieliśmy – zapewnia mieszkaniec bliźniaka w podwarszawskim Raszynie, którego sąsiadami do niedawna byli Wietnamczycy. – W oknie normalnie była firanka, wszystko było zwyczajne. Dopiero później okazało się, że za firanką jest jakaś sztuczna płyta, a ściana, która graniczy z naszym domem, była odizolowana styropianem. Czy się czegoś domyślałem? Niby z jakiego powodu. Tylko raz żona weszła na strych i poczuła dziwny zapach wilgoci, ale to nie było podejrzane – relacjonuje.

Wszystko się wyjaśniło, kiedy kilka tygodni temu do budynku wtargnęła policja: dom został przez przybyszów z Azji przerobiony na plantację konopi indyjskich. Dziś stoi pusty, a na drzwiach wciąż widać ślady policyjnych plomb.

Rachunek za prąd

Schemat zakładania plantacji jest zazwyczaj ten sam. Na początku trzeba znaleźć dom.

– Znam przypadek, kiedy Wietnamczycy wynajęli dom nieco powyżej ceny rynkowej, za 2,5 tys. zł miesięcznie, i zapłacili za kwartał z góry – opowiada Andrzej Taczanowski z Agencji Obrotu Nieruchomościami Raszyn.

– Gdy właścicielka przychodziła, lokatorzy udawali, że się spieszą i nigdy nie wpuszczali jej do innych miejsc poza przedpokojem. Później zepsuli dzwonek do furtki – na przyjście musiała się umawiać telefonicznie. A jak zaproponowała, że jej mąż naprawi ten dzwonek, to najemcy stwierdzili, że nie ma potrzeby, aby ktoś się tam kręcił – tłumaczy pośrednik pracujący w okolicy, która stała się swego rodzaju „konopianym zagłębiem”.

Budynek z zewnątrz nie zmienia się, za to w środku… Pokoje są przerabiane na szklarnie. Meble zazwyczaj są rozkręcane, czasem nawet rozpiłowywane. W jednym przypadku, by nie wzbudzić podejrzeń sąsiadów, złożono pocięte części w… kanale warsztatowym w garażu. Ściany i okna są obijane grubą folią, nad sufitem wisi oświetlenie o mocy dochodzącej do 600 watów.

– Takie żarówki umieszczane są w lampach, które oświetlają duże skrzyżowania drogowe – opowiada naczelnik Wydziału Operacyjno-Śledczego Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej, który regularnie bierze udział w likwidowaniu takich plantacji.

– W wynajmowanych mieszkaniach czy domach plantatorzy ustawiają wentylatory. Panuje tam bardzo wysoka temperatura (ok. 40 st. C) i wilgoć – dodaje oficer.

Do zasilania lamp potrzeba bardzo dużo prądu. Koszt dziennego zużycia energii przy takim obciążeniu sieci może wynosić nawet tysiąc złotych. Zazwyczaj prąd jest kradziony. Po likwidacji plantacji właściciel obarczany jest przez zakład energetyczny karą za nielegalne podłączenie. Czasami to nawet powyżej 50 tys. zł. Umowa jest w końcu na niego. Co ciekawe, przestępcy muszą znać doskonale zwyczaje sąsiadów i wykorzystywać ich nieobecność. We wspomnianym bliźniaku wywiercono w ścianach kilkaset otworów, a mimo to nikt nic nie zauważył.

– Cykl produkcji jest pilnowany przez Wietnamczyków według specjalnych rozpisek. Bardzo często w ten sposób odrabiają koszt przerzutu do Polski – opowiada oficer. W jednym miejscu plantacja działa zazwyczaj trzy, cztery miesiące.

– W tym czasie dom wygląda tak, jakby był opuszczony, nie ma żadnego ruchu w środku, nie ma świateł (choć zdarzają się przypadki instalowania lamp, które się same włączają w odpowiednich godzinach, pozorując ruch). Często najemcy na samym początku wymieniają zamki w drzwiach, tak aby wynajmujący nie mógł sprawdzić, co się dzieje w domu – mówi nasz rozmówca.

Po tym, jak plantacja zostanie już zamknięta, właściciel nie tylko musi uregulować niemałe rachunki, ale także wyremontować dom. Pokoje są zrujnowane. Z powodu wysokiej wilgoci na ścianach rozwija się grzyb, płatami odpada tynk. Przez podlewanie kompletnie zniszczona jest podłoga.

Kraj upraw

Skala zjawiska budzi niepokój. Dwa tygodnie temu straż graniczna weszła do plantacji w Otwocku, Legionowie i w stołecznej dzielnicy Włochy. W akcji został wykorzystany nawet śmigłowiec Morskiego Oddziału Straży Granicznej, z którego nastąpił desant. Jeden z domów znajdował się na odludziu, a pogranicznicy chcieli wykorzystać efekt zaskoczenia. Zatrzymano siedmiu Wietnamczyków i zarekwirowano trzy tysiące roślin, z których można by wyprodukować prawie 200 kg suszu.

Szacunkowa wartość przechwyconego towaru – 7,5 mln zł. Co ciekawe, rośliny były modyfikowane genetycznie. – Niemal dwukrotnie został skrócony okres wegetacji, a dziesięciokrotnie większa niż zazwyczaj była zawartość w nich środka narkotycznego THC – mówi oficer operacyjny straży granicznej, który brał udział w akcji.

Policja twierdzi, że dziś w Polsce produkowana jest marihuana najwyższej klasy. W jaki sposób wietnamscy hodowcy osiągają takie wyniki? Z sadzonek od zmodyfikowanej rośliny matki. Dotychczas nasze służby nie trafiły na jej ślad.

Plantacje najczęściej organizują Wietnamczycy pochodzący z Czech i Niemiec. – Przybysze z Azji zdominowali produkcję marihuany. Jest ona przemycana do innych krajów, m.in. Holandii – przyznaje Sebastian Michalkiewicz, naczelnik warszawskiego zarządu Centralnego Biura Śledczego. – Nasze grupy przestępcze nie mają kontaktu z Wietnamczykami. Zdarza się więc, że sprowadzają do Polski z Holandii wyprodukowaną u nas marihuanę – dodaje policjant.

W ciągu roku straż graniczna zlikwidowała 12 plantacji marihuany, policja kolejne 30. Zazwyczaj są one zlokalizowane na obrzeżach dużych miast, gdzie przybysze z Azji nie budzą wśród sąsiadów sensacji. – Swego czasu wpadliśmy na trop, gdy przez agencję nieruchomości chcieli wynająć kilka domów – zdradza jeden z funkcjonariuszy. Innym razem przestępcy zaliczyli „wpadkę”, bo zostawili dom otwarty i sąsiad zawiadomił policję o podejrzeniu włamania. Wiadomo też, że straż graniczna szuka plantacji, latając helikopterem z kamerami termowizyjnymi – konopie, które lubią warunki cieplarniane, dają widoczne echo na ekranie. Swoje robią też donosy i rutynowe kontrole obcokrajowców.

Ale funkcjonariusze przyznają, że słabo mają rozpracowane środowisko wietnamskich przestępców. Twierdzą, że w Polsce na pewno działa jeszcze wiele takich plantacji.

Kilka lat temu podobne uprawy powstawały w Wielkiej Brytanii, Czechach, Holandii i Niemczech. I np. na Wyspach policja w ciągu ostatnich trzech lat zlikwidowała około stu miejsc uprawy narkotyków. Potem wietnamscy plantatorzy postanowili się przenieść.

W Polsce przebywa 40-50 tys. Wietnamczyków, z czego około 75 proc. nielegalnie. Dlaczego tak mocno weszli w narkobiznes?

– Kryzys gospodarczy spowodował, że upadły hurtownie z odzieżą. Na handlu nie da się tak dużo zarobić. Ponadto trzeba pamiętać, że plantacje tworzą zorganizowane grupy przestępcze, które jednocześnie zajmują się przemytem do Polski ludzi, heroiny, papierosów oraz praniem brudnych pieniędzy – opowiada naczelnik Wydziału Operacyjno-Śledczego Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej.

Zamieszane służby?

Zupełnie inaczej widzą to działacze organizacji pozarządowych, które współpracują z przybyszami znad Mekongu.

– To jest efekt polityki migracyjnej. W ciągu dziesięciu ostatnich lat na tysiąc wniosków Wietnamczyków o przyznanie statusu uchodźcy pozytywnie rozpatrzono dwa. Przestępcy wykorzystują to, że imigranci nie mają papierów oraz nie mogą legalnie pracować i zgadzają się na taką pracę – mówi Kajetan Wróblewski z fundacji Proksenos (teoria o przeciwdziałaniu wietnamskiej przestępczości poprzez zapewnienie Wietnamczykom swobody osiedlania się jest ciekawa, choć tylko propagandowa i ocierająca się o zwykłe kłamstwo, szczególnie gdy rozpatrujemy ten problem w kontekście doświadczeń Zachodu – przyp. red. str.).

Robert Krzysztoń ze Stowarzyszenia Wolnego Słowa dodaje: – To nie jest wietnamska zorganizowana przestępczość. Kontrolę nad tym sprawuje wietnamska służba bezpieczeństwa. Przecież w Wietnamie nic się nie odbywa bez kontroli państwa. A proszę pamiętać, że ci, którzy wyjechali, zostawili rodziny i są łatwym celem szantażu – podkreśla.

Dowodów na to nie ma. Ale warto pamiętać, że kilka lat temu zatrzymano tzw. pajęczarzy, czyli Wietnamczyków, którzy nielegalnie podpinali się do sieci telefonicznej i oferowali usługi telefoniczne do Wietnamu po bardzo korzystnych cenach. Kilka zatrzymanych wtedy osób faktycznie miało wysokiej klasy umiejętności, których nie powstydziliby się funkcjonariusze wietnamskiej bezpieki.

Marek Kozubal, Maciej Miłosz, „Uważam Rze”, 4-10 kwietnia 2011 r.

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.