Marek Łangalis

Skąd obecne wzrosty?

W paliwach istnieją praktycznie tylko dwa państwowe podmioty, które udają konkurencję między sobą. Energia to z jednej strony elektryczność, a z drugiej gaz. I znowu mamy do czynienia głównie z państwowymi firmami, które podlegają nie rachunkowi ekonomicznemu, lecz decyzjom administracyjnym. Na niższe ceny w tej branży nie ma w ogóle co liczyć. Państwowe elektrownie nadrabiają wieloletnie niedoinwestowanie, w związku z czym raczej będą jeszcze bardziej chciały przerzucić na klienta swoją nieudolność.
Inaczej wygląda sytuacja z gazem, gdzie zakupy surowca odbywają się na szczeblu państw – polskiego i rosyjskiego. A jak obecne ekipy dbają o swoich konsumentów, niech świadczy fakt, że polscy państwowi negocjatorzy uzyskali cenę za gaz o ok. 25% wyższą niż mają Niemcy, za co Bronisław Komorowski uhonorował (negocjatorów) Złotymi Krzyżami Zasługi. Kupić produkt w imieniu wszystkich polskich domostw o ok. 25% drożej niż to możliwe to wielka sztuka. Niejako przy okazji umorzono dług Gazpromu za użytkowanie polskiego odcinka Gazociągu Jamalskiego. Dług ten wynosił ok. 1,2 miliarda złotych, a cena oferowanego (na wiele lat, mimo możliwości pojawienia się wydobycia gazu na terenach Polski) metra sześciennego miała spaść o ok. 1%. Z pewnością bardziej niż zasobnością portfela polskiego konsumenta nasze władze interesują się zasobnością portfela Gazpromu.

Z kolei drożejąca żywność (trzeci największy wzrost cen w koszyku polskiego konsumenta) to już efekt działania chorego systemu Wspólnej Polityki Rolnej w Unii Europejskiej. Jeżeli od wielu lat Unia stawia za priorytet utrzymywanie rentowności produkcji rolnej, to nie ma co się dziwić, że ten rynek jest całkowicie zepsuty. Unijni biurokraci mówią danemu państwu, ile może wyprodukować żywności. Oczywiście przyznawane limity są mniej więcej na poziomie planu konsumpcji leżącego na biurku brukselskiego urzędnika. Czasem jeden kraj przekona urzędnika, by obniżył limit drugiemu państwu. Ale generalnie produkcja ma mniej więcej równać się sprzedaży.

Tylko plan urzędnika nie uwzględnia dwóch czynników: po pierwsze – że czasem konsumenci mogliby kupić więcej, niż przewiduje to plan (co prowadzi do bardzo dużego wzrostu ceny, bo producenci nie mogą już zwiększyć produkcji), po drugie – że mogą zdarzyć się słabe zbiory, poniżej planu. A jeżeli te dwa czynniki zbiegną się w czasie, to mamy gotowe bardzo wysokie ceny żywności. W normalnym państwie po prostu zwiększyłoby się import i po kłopocie, sytuacja szybko wróciłaby do normalności. Żaden urzędnik nie musiałby nawet palcem kiwnąć, by konsumenci doszli do porozumienia z handlarzami i rolnikami co do ilości i ceny produktów żywnościowych. Ale Unia nie jest normalna, więc ma szczelnie zamknięte granice przed napływem żywności spoza jej granic, co powoduje zarówno ubożenie własnego społeczeństwa, skazanego na drożyznę, jak i na ubożenie reszty świata (nie mogącego sprzedać swoich produktów na rynku europejskim).
Także, gdy Donald Tusk próbuje zwalić winę za obecne ceny na spekulantów, generalnie mija się z prawdą. To prawda, że spekulacja wywindowała ceny ropy na świecie do bardzo wysokiego poziomu, ale prawdą też jest, że ponad 50% finalnej ceny na stacji benzynowej stanowią podatki. I o ile stacja benzynowa ponosi wszelkie koszty prowadzenia działalności, a państwowe rafinerie – przeróbki ropy, to właśnie państwo bez żadnego ryzyka pobiera od każdego zatankowanego litra benzyny ponad połowę jego wartości.
Tam, gdzie państwa jest relatywnie mniej niż na wymienionych rynkach, tam i wzrost cen jest albo niski, albo nawet widać ich spadek. Konkurencyjny rynek odzieżowy i obuwniczy zanotował największy spadek cen. Uwzględniając roczną inflację, realnie możemy powiedzieć, że jest to spadek ok. 7-procentowy. Jest to następstwem dużej konkurencji, działania wielu podmiotów na rynku oraz odkrywania coraz to nowszych źródeł zaopatrzenia (Chiny, Turcja, Indie). Tam, gdzie państwa jest relatywnie mało, panują zdrowe zasady wolnego rynku. A ten w długim okresie, przy powszechnym doskonaleniu się przedsiębiorstw, powinien prowadzić do spadku, a nie wzrostu cen.

„Najwyższy Czas!”, 9 kwietnia 2011 r.

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.