Troska O Siebie

     Prawdopodobnie życie na tym świecie byłoby dużo bardziej znośne, gdyby każdy zajmował się tylko sobą. Nie ma bowiem nic bardziej uciążliwego, niż stać się przedmiotem cudzej nieumiarkowanej troski, prawdziwe zaś nieszczęścia zaczynają się wtedy, gdy jeden drugiemu usiłuje przychylić nieba.

     Ta troska o innych przybiera różne formy – od taktownych i powierzchownych po maniackie i mordercze, niemal zawsze czyniąc życie jej przedmiotu nieznośnym. Święty Tomasz z Akwinu zalecał, aby w miarę możliwości powstrzymać się od prostowania ludziom ich ścieżek, jednak aby spełnić tak wygórowane zalecenie, niewątpliwie trzeba być świętym. W innym wypadku trudno oprzeć się pokusie prostowania nie tylko cudzych ścieżek, ale również kończyn, kręgosłupów i umysłów. A ponieważ te prokrustowe skłonności okazują się nie tylko powszechne, ale też trudne do przezwyciężenia, zalegalizowano je, czyniąc z nich cnotę i dla perswazji zwąc je – w zależności od parafii – altruizmem bądź miłosierdziem.
     Najmniej szkodliwy rodzaj nadmiernego zainteresowania innymi zamiast samym sobą ma formę wariacji opartej na pobieżnym łamaniu dwóch przykazań: pożądaniu żony bliźniego oraz każdej rzeczy, która jego jest. W wersji łagodnej – aczkolwiek chronicznej – przejawia się to w mniej lub bardziej intensywnym koncentrowaniu na cudzym majątku, pracy, prowadzeniu się, rodzinie i wszystkim tym, co można werbalnie „uszczypnąć”. Przyczyny tego pospolitego nałogu opisuje stara prawda mówiąca, że człowiek nadmiernie interesuje się innymi wówczas, kiedy sam jest tak mało interesujący, że zajmowanie się sobą uważa nie tylko za stratę czasu, ale również za mękę. Ludzie, którzy nie wytrzymują sami ze sobą, nudząc się we własnym towarzystwie, niechybnie będą lgnąć do innych – jeśli nie w dosłownym sensie, to przynajmniej mentalne, aby w ten sposób, nasyciwszy się ich ułomnościami, znaleźć jakiś minimalny powód do znoszenia własnej osoby.
     Nie ma potrzeby dłużej rozwodzić się nad tą w sumie błahą przypadłością, która bądź co bądź pozwala na nieczęste chwile radości – choć jedynie w obliczu cudzego nieszczęścia. Istnieją jednak dużo bardziej dotkliwe, zinstytucjonalizowane formy troski, które wciela się w życie wraz z całym brewiarzem zaklęć mających przekonać nieszczęsne ofiary, że to wszystko dla ich dobra. W wyniku splotu okoliczności – albo, kto wie, wyrafinowanego planu – prostowanie bliźnim ścieżek stało się znakiem rozpoznawczym naszej cywilizacji. Większość mieszkańców Zachodu głęboko przekonana jest, że podstawowym zadaniem wszelkich instytucji jest właśnie troska o zwykłego człowieka. Mało kto jest dziś w stanie uwierzyć, że pozostawienie kogoś samemu sobie mogło kiedyś uchodzić za objaw wspaniałomyślności, obojętność zaś na losy innych za cnotę. Prywatne wścibstwo uzyskało konstytucyjne wsparcie, ucieleśniając się w instytucjach użyteczności publicznej. Sęk w tym, że o ile jeden dobry Samarytanin może okazać się pomocny w trudnej chwili, o tyle utrzymywanie armii etatowych Samarytan jest nie tylko kosztowne, ale na dłuższą metę niebezpieczne. Zwłaszcza kiedy przy braku okazji do niesienia pomocy korzystanie z niej czynią obowiązkiem.
     Wyobraźmy sobie człowieka z zamierzchłej przeszłości przeniesionego do jednego z rozwiniętych krajów Zachodu. W jaki sposób można by mu najprościej wytłumaczyć cel istnienia tysięcy urzędników obsługujących aparaty państw, organizacji międzynarodowych i lokalnych? Otóż najłatwiej byłoby stwierdzić, że wszyscy oni zawodowo troszczą się o innych – nie zapominając przy tym zatroszczyć się o siebie. Należałoby też dodać, że jest to rodzaj specjalnej troski, działającej często nie tylko bez woli zainteresowanych, ale – kiedy trzeba – również wbrew niej. Nasz praszczur niewątpliwie zrozumiałby o co chodzi – ostatecznie troska o bezpieczeństwo życia, zdrowia i własności nie od dziś jest traktowana jako zadanie państwa – ale zarazem nie mógłby pojąć, dlaczego zadanie to tak bardzo się rozrosło. Ach – powiedzielibyśmy mu – zauważ, że nastąpił olbrzymi postęp i pojęcie bezpieczeństwa niesłychanie oddaliło się od swego pierwotnego i wąskiego sensu. Obecnie jest ono tak pojemne, że obejmuje w zasadzie wszelką ludzką aktywność, a w związku z tym nic dziwnego, że chcące zapewnić je, państwowe służby funkcjonują jako służby bezpieczeństwa.
     I tu dotykamy sedna sprawy. Ponieważ troska o bezpieczeństwo obywateli jest dziś bezwzględnym priorytetem, dlatego też współczesne państwo, eufemistycznie nazywane opiekuńczym, stało się prawdziwym państwem bezpieczeństwa, które drogą kolejnych emanacji powołuje do życia wyspecjalizowane narzędzia do prostowania krętych ścieżek, nieprawidłowych postaw i zbłąkanych myśli. Kiedyś wystarczyła armia i policja, obecnie zaś nad naszym bezpieczeństwem czuwają funkcjonariusze z ministerstwa troski o zdrowie, troski o edukację, kulturę, a nawet sport. Trudno sobie wyobrazić, że nasi prymitywni przodkowie w swojej bezbrzeżnej ignorancji zajmowali się tym wszystkim na własną rękę: sami troszczyli się o wykształcenie, dietę, dobór lektur czy tężyznę fizyczną. Na szczęście nieuchronność postępu wydobyła nas z tej barbarzyńskiej samowoli, umożliwiając korzystanie z cudów centralnego planowania. Dzięki temu współczesny człowiek nie musi troszczyć się o siebie – a nawet nie powinien. Po prostu nie ma na to koncesji.
     Oczywiście, w tych wszystkich smakołykach, jakie niesie za sobą współczesna cywilizacja, musi znaleźć się ziarnko gorczycy. W tym wypadku ma ono postać nieśmiałej wątpliwości, czy aby owa troska o innych dokonuje się całkiem bezinteresownie. Czy funkcjonariusze obsługujący cały ten aparat bezpieczeństwa nie troszczą się o nas tak pilnie dlatego, że w gruncie rzeczy traktują nas jako – aby użyć prostego porównania – „żywicieli”? No tak, ale to sugerowałoby, że oni sami w tym związku pełnią funkcję „pasożytów”, a takie coś chyba nie mogłoby się zdarzyć w tym najlepszym z możliwych światów.

Damian Leszczyński, „Opcja Na Prawo”, październik 2010 r.

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.