Metody medialnej manipulacji

     Wydawałoby się, że mocna propaganda przeminęła wraz ze Związkiem Sowieckim i dziś jest – jak mówią Anglicy – „martwa jak ptak Dodo”. Że jeśli notuje się jakieś jej resztówki, to wyłącznie w lewicowych skamielinach ustrojowych jak Kuba cze Korea Północna. A jednak, a jednak…

     Wystarczy spojrzeć na angielskie gazety „Guardian” czy „The Morning Star”, francuską „L’Humanite”, która stosunkowo niedawno zdjęła z okładki logo z sierpem i młotem, włoską „l’Unita” czy polską „Gazetę Wyborczą”, aby się przekonać, że XIX-wieczna muzealna starzyzna w podziałach programowych na postępową lewicę i wsteczną prawicę wciąż istnieje, terminologia pamiętająca Karola Marksa, a odgrzana m.in. przez Slavoja Ziżka, ciągle odgrywa poważną rolę w argumentacji z politycznymi przeciwnikami, te same są metody socjotechniki i manipulacji.

Cała prawda

     Oto, podążając za angielskimi, francuskimi czy włoskimi towarzyszami równym, marszowym krokiem „Gazeta Wyborcza” z 5 lipca 2010 r. piórem Adama Michnika donosi: „Wybory te [prezydenckie – przyp. aut.] mają wymiar symboliczny. W sferze deklaracji obu kandydatów niewiele dzieli, dzieli ich natomiast wszystko w sferze praktyki. Różnica między nimi przypomina różnicę między zwolennikami de Gaulle’a a zwolennikami Le Pena we Francji. Jest to zatem konfrontacja proeuropejskiej centroprawicy demokratycznej z prawicą autorytarną, którą reprezentuje obóz Jarosława Kaczyńskiego […] Obóz Kaczyńskiego, wspierany przez formację skrajnej prawicy nacjonalistycznej i klerykalnej w rodzaju Radia Maryja, jest z całą pewnością niebezpieczny dla demokracji w Polsce”.
     W tym krótkim fragmencie otrzymujemy, jak w pigułce, całą prawdę o mediach o komunistycznym rodowodzie: alienacja i lęk przed narodem (8 mln to niemal połowa polskiego elektoratu), anachronizm terminologiczny (wszystkie te lewicowe brednie), niewyobrażalna hipokryzja (był to szczytowy moment zawłaszczania przez PO instytucji państwowych, prosta droga do autorytaryzmu) oraz skłonność do socjotechniki. Przypadek tak kliniczny, że na jego przykładzie można uczyć studentów politologii mechanizmów społecznej i medialnej indoktrynacji.
     Lektura „GW” jest jak seans spirytystyczny z pradziadem, wizyta w skansenie kaszubskim pod Kartuzami, jak przegląd starych kronik filmowych, którym swego głosu użyczał Andrzej Łapicki. Podczas gdy kraje Europy Zachodniej i Stany Zjednoczone od kilkunastu lat eksperymentują z programami, to przejmując, to wymieniając pewne segmenty programowe, a główną tendencją jest marsz ku centrum, lewicowe skamieliny nadal próbują zaklinać nieposłuszną im rzeczywistość, wciąż harcują na tym samym polu bitewnym, używają tej samej amunicji oraz mierzą do tych samych tarcz strzelniczych, których w istocie już nie ma. Albo owszem, istnieją – wciąż mówię o postawach programowych oraz strukturach społecznych – ale w Korei Północnej lub Wenezueli! Powracając na polskie podwórko, w historii powojennej Polski notujemy kilka metod medialnej manipulacji.

Metoda I – dementi a la Russia

     Dobrze pamiętamy wszystkie te „nieprawdą jest jakoby… natomiast prawdą jest, że…”. Ileż kawałów i anegdot powstało na temat siermiężnej przewrotności tego propagandowego chwytu! Jego skuteczność była bliska zeru, bo nawet dzieci ze szkoły podstawowej wiedziały, że jeśli komunistyczne władze dementują jakąś wiadomość, to jest pewna na mur. Dziś te same chwyty powtarzają PR-owcy i spin doktorzy rządu Donalda Tuska. „Nieprawdą jest, że śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej toczy się niemrawo i ślamazarnie, natomiast prawdą jest, że polskie władze panują nad sytuacją”. (…)

Metoda II – wzór nie pasuje do obrazka

     Według logiki Radia Erywań, gdzie wszystkie puzzle wydają się z tej samej układanki, tworzą jakiś rozpoznawalny wzór, ale jak śpiewał Młynarski, „nie pasują do obrazka”, czyli rzeczywistości, jaką znamy. Metoda uznawana za bardziej wyrafinowaną niż pierwsza i przez dziesiątki lat z upodobaniem stosowana. Mieści się tutaj i news z 1968 r. o „wojskach sprzymierzonych wkraczających do Czechosłowacji, aby walczyć z wrogami pokoju i przyjaźni”, jak również notatka z „GW” z 8 lipca tego roku pt. „Lot na ślepo”, w której płk Stefan Gruszczyk powiedział: „W tamtych warunkach załoga w ogóle nie powinna podchodzić do lądowania. Jedyną rozsądną decyzją był odlot na lotnisko zapasowe”. Czyli – niby racja, tylko jak to się ma do całego kontekstu prawdy o katastrofie, który powoli wyłania się ze śledztwa?

Metoda III – zamilczanie problemu na śmierć

     Zbrodnia katyńska z 1940 r. i śledztwo w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem w 2010 r. Prawda o okolicznościach sprzedaży stoczni kontrahentowi katarskiemu, o wynikach ustaleń prokuratury w aferze hazardowej i innych, o wyraźnych powiązaniach między samobójstwem Barbary Blidy a podejrzeniem jej o współudział w megakorupcji.

Metoda IV – przykrycie własnej wpadki ważną informacją ze świata

     Klasyka to skandal ze specjalistką PR Tony’ego Blaira, która w dniu ataku terrorystycznego na wieże World Trade Center usiłowała przemycić do mediów wiadomość o wpadce rządu laburzystów. Także regularne, powiedziałabym, rutynowe działania PR-owców rządu Donalda Tuska. Tyle że tamta spryciara po ujawnieniu zdarzenia musiała pożegnać się z posadą, a specjaliści od wizerunku Platformy pracują pełną parą, nie niepokojeni ani przez swoich mocodawców, ani media, ani opinię publiczną.

Metoda V – szlachetne hasło egalitaryzmu Rewolucji Francuskiej

     „Gazeta Wyborcza”, podobnie jak „L’Humanite” czy „l’Unita”, posługuje się nimi w tak przemyślny sposób, że wynik jest zawsze jeden: wolność, równość i braterstwo jakimś cudem zawsze znajdują się po ich stronie. Oto fragment wstępniaka Jacka Kurskiego z 5 lipca 2010 r.: „Bo to nie Bronisław Komorowski wygrał te wybory. To Jarosław Kaczyński przegrał z Jarosławem Kaczyńskim. IV Rzeczpospolita odcisnęła piętno w pamięci Polaków. Ponad połowa głosujących nie chciała powtórki z tamtych ponurych czasów […] To nie zwycięstwo Platformy Obywatelskiej. To jest zwycięstwo Polski Obywatelskiej”. Niezwykle przekonującym dowodem na żonglowanie hasłami „rewolucji oświeconego rozumu” może być stosunek „GW” do tej części polskiego społeczeństwa, którą lekceważąco nazywa się „moherowymi beretami”, regularnie obrażanej przez entuzjastów egalitaryzmu. Bowiem przywilej korzystania z dobrodziejstw demokracji i równych praw należy się jedynie tym grupom społecznym, które wspierają swoimi głosami partię rządzącą. Reszcie – wara! A już prawdziwym curiosum jest stosunek „GW” do nieuprzywilejowanych. Owszem, z zaangażowaniem broni ona ich interesów, pod jednym wszakże warunkiem – że są to mniejszości etniczne lub seksualne, z którymi zwykle jest jej po drodze. Ale, nie daj Boże, jeśli jest to prawica narodowo-katolicka, jak np. słuchacze Radia Maryja. Choć wielu z nich to ludzie starsi, niebogaci, którzy nie zdążyli na pociąg zwany sukcesem, jakoś nie cieszą się protekcją lewicowych mediów. Więcej, ci nieuprzywilejowani są systemowo zwalczani i z całą bezwzględnością wypierani z przestrzeni publicznej i medialnej.

Kiepskie sztuczki jak z prowincjonalnego cyrku

     Jeszcze niedawno wydawało się, że po wydarzeniach ostatnich 20 lat – rozpad Związku Sowieckiego, kompromitacja wszystkich bez wyjątku komunistycznych reżimów na świecie, że przypomnę smaczną scenę z „wyprowadzeniem sztandaru” z polskiej Izby Niższej – marksistowskie podziały programowe, znana terminologia oraz sposoby medialnej manipulacji odeszły do lamusa historii. Że są „martwe jak ptak Dodo”. A jednak tak nie jest. Ugrupowania partyjne, które posługują się podobną argumentacją, wciąż żyją, są ciągle obecne w publicznych debatach, zdarza się, że próbują udawać ugrupowania mainstreamowe, a związane z nimi media łżą i manipulują jak za dawnych komunistycznych czasów. Trudno się dziwić, że weterani polskiej lewicy skrzykują się i garną do medialnych wystąpień.
     Co mnie jednak naprawdę dziwi, patrząc z perspektywy Londynu, to fakt, że są jeszcze telewidzowie i czytelnicy gazet, którzy w te skompromitowane numery wierzą. W kiepskie sztuczki jak z prowincjonalnego cyrku, z którego dawno ulotniła się magia, a zostały tylko zdychająca foka, zreumatyzowana akrobatka i wiecznie pijany clown. Skąd chce się uciekać, gdzie pieprz rośnie, do realu…
 
Elżbieta Królikowska-Avis, „Nowe Państwo”, 9/2010, nr 55

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.