Społeczeństwo Nadzorowane

     Przyczyny kontroli społeczeństwa mogą być różne. Tak jak totalitaryzm przybiera różne formy, tak proces ograniczania wolności człowieka posiada różnorakie motywacje, w zależności od interesów oraz rodzaju i charakteru struktury pragnącej kontrolować nasze życie. Z jednej strony będzie to chęć wymuszenia na osobie poddawanej kontroli określonego zachowania, z kolei w innym przypadku i dla odmiany przeciwdziałanie pewnym zachowaniom. Tutaj akurat często pojawia się formułka „bezpieczeństwo kosztem wolności” lub jeszcze lepsza: „kontrola dla twojego dobra”. Miałoby to oznaczać, że im bardziej rozległa jest wiedza określonych służb państwowych odnośnie społeczeństwa, tym lepiej dla nas. W końcu te służby podobno działają w imię naszych interesów i właśnie dla naszego dobra. Problem w tym, że zakres ich działalności i ingerencji w nasze sprawy wciąż się poszerza, a rozbudowywane struktury kontrolne ograniczają naszą wolność już do tego stopnia, że sami w wielu przypadkach nie możemy swobodnie pokierować własnym życiem, bo to podobno urzędnicy wiedzą lepiej co jest dla nas dobre, a co złe. Nikt jak dotąd nie potrafi również logicznie wyjaśnić rzekomej zależności pomiędzy ograniczaniem wolności ogólnospołecznej, czyli nadzorowaniem społeczeństwa, a poprawą naszego bezpieczeństwa. Prawda jest taka, że owa zależność nie istnieje. „Kontrola dla twojego dobra” jest czysto propagandowym wybiegiem systemu, który pragnie nadzorować nasze poczynania. Ogólnie wszelkie systemy zawsze będą dążyć do wytworzenia poczucia lęku, tłumacząc ingerencję w naszą prywatność względami bezpieczeństwa, czego przykładem jest chociażby wzrost liczby kamer w naszych miastach.
     Kamery śledzą nasz ruch i poczynania dosłownie wszędzie: na ulicach, w szkołach, w pracy, a także w wielu innych miejscach publicznych. Nasza prywatność zostaje w ten sposób zdecydowanie zanegowana. Jak zostało nadmienione powyżej – tłumaczy się to względami bezpieczeństwa. Ale ja na przykład nie stanowię żadnego zagrożenia dla bezpieczeństwa, więc jakim prawem jestem poddawany z tego tytułu ciągłemu monitorowaniu moich poczynań, kiedy wyraźnie sobie tego nie życzę? Dlaczego płacę utratą prywatności za rzekome bezpieczeństwo w miejscach kamerowanych, choć jak dotąd nie ukazały się żadne sensowne badania potwierdzające tą niby współzależność pomiędzy kamerami a bezpieczeństwem? Co się dzieje w tym przypadku z Art. 47 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, który brzmi: „Każdy ma prawo do ochrony prawnej życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia oraz do decydowania o swoim życiu osobistym”? Czy służby nadzoru i represji wiedzą w ogóle co to takiego ta Konstytucja RP? Co ciekawe, jeśli rozstrzygamy ten problem na przykład w odniesieniu do szkół, to należy mieć na uwadze, iż obecność kamer w placówkach edukacyjnych nie jest w pełni regulowana przepisami. Nikt nie sprecyzował również w jaki sposób należałoby zabezpieczyć dane pochodzące z monitoringu. Stwarza to pewne pole do nadużyć, ale niejako jest również przyzwoleniem dla innych i bardziej wyszukanych form kontroli. Oprócz tego osoba poddawana monitorowaniu nie dysponuje możliwością wyrażenia na to swojej zgody. Sam pamiętam, jak w czasach licealnych zostałem postawiony przed faktem dokonanym, kiedy oznajmiano mi, iż w naszej szkole zainstalowano już kilka kamer. Co więcej, byłem wręcz psychicznie przymuszany do wnoszenia określonych opłat za monitoring, którego sobie w moim liceum po prostu nie życzyłem.
     Bywa i tak, że ludzie sami dobrowolnie zrzekają się swojej prywatności, gdy na przykład udostępniają pewnym instytucjom swoje dane personalne, aby w jakiś sposób uczynić swoje życie wygodnym. Godzą się tym samym na pewną formę kontroli, oczekując, iż w zamian otrzymają możliwość komfortowego funkcjonowania w społeczeństwie. Problem polega jednak na tym, iż obdarzone w ten sposób zaufaniem wszelkie instytucje statystyczno-kontrolne niekiedy przekraczają swoje uprawnienia, a cena jaką płaci przeciętny obywatel za dobrowolne poddanie się kontroli często jest niewspółmierna do korzyści, jakie rzekomo miał uzyskać rezygnując ze swojej prywatności.
     Coraz więcej różnego rodzaju instytucji zbiera informacje na nasz temat. Tworzą się w ten sposób tzw. elektroniczne bazy danych, a stąd już tylko krok do pełnej inwigilacji. Jej przejawy są już niejako dostrzegalne chociażby na lotniskach, gdzie jesteśmy poddawani kontroli, która ma wykazać, czy aby nie jesteśmy „członkami jakiegoś ugrupowania terrorystycznego”. Owe bazy danych stanowią zagrożenie dla naszej prywatności i wolności już chociażby z tego prostego powodu, iż dostęp do nich nie jest w żaden sposób unormowany od strony prawnej. Korzystanie z nich może się więc odbywać w sposób niemalże dowolny, w zależności od zwykłego widzimisię określonych służb państwowych. Nie zapominajmy, iż istnieje też nakaz, aby operatorzy telekomunikacyjni i dostarczyciele Internetu przechowywali informacje o połączeniach telekomunikacyjnych. Do tego dochodzi wręcz nielegalne nadzorowanie przez te służby maili, podsłuchy telefonów czy kontrola, a raczej cenzurowanie Internetu, o czym ostatnimi czasy coraz głośniej, również w naszym kraju. I uczestniczą w tym nawet takie kraje jak Stany Zjednoczone, a więc rzekomo szanujące i wspierające wolność; Amerykanie już teraz korzystają z systemu „Echelon”, podsłuchując około 70 proc. rozmów telefonicznych na świecie.
     Wzmożony system kontroli to także coraz więcej ukrytych danych na paszportach (nasze twarze oraz odciski palców) czy w dowodach osobistych. Wszystko to jest możliwe właśnie dzięki przetwarzaniu ogromnej ilości informacji na nasz temat i w konsekwencji gromadzeniu ich w zintegrowanych systemach informacyjnych. Dziś robi się wszystko, aby dosłownie każda służba kontrolna miała dostęp do takiego zbioru informacji. Paradoksem jest, że na inwigilację społeczeństwa wydaje się ogromne pieniądze, które pochodzą z kieszeni podatników, a więc od samych inwigilowanych.
     Większość pomysłów inżynierii społecznej powstaje za przyczyną agend Unii Europejskiej. Aby się o tym przekonać wystarczy zapoznać się z „Programem Sztokholmskim”, czyli dokumentem, który de facto stawia struktury unijne w roli naczelnej jednostki kontrolnej nad poszczególnymi narodami. Strategia, jaka została nakreślona w tym dokumencie, nakazuje poddanie społeczeństwa wręcz permanentnej kontroli. Oczywiście, a jakżeby inaczej – w celu zapewnienia nam bezpieczeństwa, co miałoby się dokonać na gruncie „zwalczania tendencji niepożądanych”. Przynajmniej tak to wygląda z punktu widzenia sygnatariuszy tego dokumentu.
     W związku z powyższym warto mieć na względzie fakt, iż nasze pieniądze tworzą zaplecze finansowe m.in. dla projektów typu „Indect”, który w domyśle ma stanowić rozbudowany system kontroli społecznej, notabene obejmując takie działy jak: zbieranie informacji za pomocą monitoringu oraz cenzurowanie Internetu. Dodatkową formą kontrolną, jakiej już niebawem zostaniemy poddani, będzie wprowadzenie elektronicznego klucza, który będzie zainstalowany w dowodach osobistych. A wszystko to w ramach rządowego projektu pl.ID. Klucz ten będzie umożliwiał dostęp do wielu baz danych, zawierających wszelkie dotyczące nas informacje. I tak jak w przypadku innych kontrolnych praktyk systemu, tak i tutaj będzie istnieć spore pole do nadużyć, gdyż zakres korzystania z owych baz będzie nieuregulowany prawnie tudzież dowolny (przynajmniej wszystko na to wskazuje) – w zależności od interpretacji poszczególnych organów kontrolnych.
     Niestety, ale wszystkie powyższe pomysły systemu tudzież państwa na kontrolę społeczeństwa to tylko zarys problemu i przysłowiowy wierzchołek góry lodowej. W rzeczywistości tych wszystkich sposobów na kontrolowanie naszych poczynań jest znacznie więcej, a wszystko to zgodnie z duchem postępu w dziedzinie informatyki i techniki. Choć w samym rozwoju techniki nie jest może jeszcze nic strasznego, a wszelkich niebezpieczeństw dla naszej wolności powinniśmy się raczej doszukiwać w poczynaniach osób, którym się wydaje, że posiadają moralne przyzwolenie na sprawowanie nad nami władzy. Co więcej, są to osoby, które działają w imię dziwnie pojętego obowiązku „zabezpieczenia” (czyli tak właściwie nadzorowania) ludzkiego istnienia. W tej kategorii mieszczą się przede wszystkim rządzący, biurokraci, prawodawcy czy zwykłe pionki systemu. Wszyscy oni pod pozorem „dbania o nasze dobro” – albo próbują sprawować nad nami kontrolę, wykorzystując nas do swoich własnych celów, albo właśnie łudzą się, że ich działalność, polegająca na wprowadzaniu coraz to nowych mechanizmów kontrolnych, nie tyle nie podkopuje naszej wolności, co wpływa na poprawę standardu naszego życia. A potem przecieramy oczy ze zdumienia, gdy nasz wielce „demokratyczny” i „wolnościowy” establishment pragnie przeforsować projekt wprowadzenia internetowego Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych, co jest tylko kolejnym dowodem na istnienie tzw. demokracji totalitarnej. A podobno w III RP „każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji” (Art. 54 p. 1 Konstytucji RP). Ba, owa wolność jest ponoć ustawowo chroniona: „cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane…” (Art. 54 p. 2 Konstytucji RP).

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.