Koniec Polski

     Państwa nie upadają nagle. Zanim oficjalnie zostanie ogłoszona ich śmierć, widać wiele oznak niemożliwego do powstrzymania rozkładu. Jawna utrata suwerenności, klęska gospodarcza i polityczna są tylko skutkiem utraty kapitału duchowego i materialnego, u której podstaw leżą przede wszystkim złe rządy.

     Tak jak Rzym nie upadł w 476 roku, a Królestwo Francji w 1789, tak też I Rzeczpospolita nie skończyła się w 1795 roku, kiedy dokonał się III rozbiór. Nie skończyła się też w momencie II czy nawet I rozbioru, albowiem same rozbiory nie były przyczyną, lecz skutkiem degeneracji organizmu państwowego. Struktury zniszczone przez pasożyty nie były w stanie ani się bronić, ani przetrwać w okrojonej formie, mimo daleko posuniętych amputacji i różnych znachorskich zabiegów, które miast uzdrowić pacjenta – dobiły go. Niepowodzenie kuracji wynikało wszakże przede wszystkim stąd, iż było już za późno: nikt nie widział potrzeby ani sensu obrony państwa, którego zalety istniały już tylko w sferze werbalnej.
     Jest zatem bardzo prawdopodobne, że I RP upadła, gdyż była zbędna i prócz garści korzystających z niej możnych oraz grupek idealistów, nikt nie był w stanie podać dobrego argumentu za jej istnieniem. W ten sposób rozpadło się coś, co nie było zdolne do życia, coś, co było dla ludzi raczej przeszkodą niż wsparciem. Państwo nie jest bowiem dobrem samym w sobie, zasługującym na bezwarunkową obronę – jest dobrem względnym wobec naszych potrzeb. Trwa, jeśli je skutecznie zaspokaja, jeśli zaś tego nie robi – ginie i nie ma sensu wylewać nad nim łez.
     Po upadku I RP „polskość” bynajmniej nie znikła. Trwała przez ponad sto lat mimo zmiennych koniunktur politycznych i gospodarczych. Trwała, chociaż formalnie nie było państwa takiego jak „Polska”. Czy przetrwałaby, gdyby I RP nie została wymazana z mapy, lecz wegetowała jako wasalny twór przez kolejne dekady? Trudno powiedzieć, ale można zaryzykować hipotezę, że „polskość” przetrwała właśnie dzięki temu, że skończyła się „Polska”.
     Upadek II RP miał nieco inny charakter. Odbudowywane struktury państwa nie zdążyły jeszcze okrzepnąć, kiedy nastąpił ich nagły rozpad. Fakt, że obywatele skłonni byli wówczas bronić państwa, nawet za najwyższą cenę, świadczy o tym, że nie stało się ono w ich oczach wówczas pasożytem żyjącym z ich pracy. Jednak również w tym wypadku dość wcześnie pojawiły się symptomy choroby, a rok 1939 i nieudolna polityka ministra Becka były jedynie skutkiem, nie zaś przyczyną katastrofy. Tym razem straty intelektualne i materialne były poważniejsze, a sytuacja międzynarodowa i wewnętrzna zbudowana po drugiej wojnie światowej w zasadzie trwa do dziś. Przełom w 1989 roku był w dużej mierze pozorny i wiązał się raczej z przegrupowaniem sił, niż z odejściem od geopolitycznych założeń nakreślonych w Jałcie. Co prawda, powstała kolejna „Polska” – III RP – jednak im więcej wiemy o kulisach jej narodzin i im lepiej znamy jej dzisiejsze uwarunkowania, tym trudniej nam uznać ją za coś istotnie różnego od „Polski”, jaką był PRL. Skrajni pesymiści mogliby stwierdzić, że w gruncie rzeczy mamy dziś do czynienia z kolejną atrapą z cyklu rozpoczętego w roku 1939 wraz z powołaniem do życia Generalnego Gubernatorstwa.
     Jeśli nawet nie zgodzimy się z tym poglądem i uznamy, że w 1989 roku w postaci III RP powstała autonomiczna „Polska”, to istnieje wiele oznak wskazujących, że owa „Polska” właśnie się kończy albo już się skończyła. Przy czym koniec ten nie ma widowiskowego wymiaru, lecz przebiega tak, jak u T.S. Elliota: nie z hukiem, lecz ze skomleniem. Mamy tu do czynienia z czymś co można by określić jako pełzająca dezintegracja struktur państwa.
     Z formalnego punktu widzenia za namacalny akt końca mogłoby uchodzić podpisanie traktatu lizbońskiego, czyniącego „Polskę” prowincją europejskiego imperium, które odtąd przejmuje władzę w kwestiach prawnych, geopolitycznych i gospodarczych. Natomiast nieformalny koniec miał miejsce dużo wcześniej, w momencie, kiedy siły odpowiedzialne za strzeżenie bezpieczeństwa obywateli – zewnętrznego i wewnętrznego – przestały dbać o ich interesy, przewerbowując się i przechodząc na służbę tych czy innych państw bądź organizacji. Chodzi tu nie tyle o polityków, ci bowiem w demokracji są zmienni i mało istotni, ile o to, co pozostaje stabilne mimo zmian, a więc korpus służb – wojskowych, specjalnych, dyplomatycznych itd. Stwierdzenie, że nie reprezentują dziś one interesu „Polski”, lecz interesy cudze bądź swoje, może wydawać się zbyt mocne, ale jak inaczej wyjaśnić ich łatwą zgodę na utratę suwerenności politycznej czy nawet dążenie do tego za wszelką cenę? Jak wyjaśnić to, że żyjąc z daniny pobieranej od obywateli, systematycznie działają przeciwko nim – przeciwko ich wolności, własności i życiu?
     Z tego punktu widzenia degeneracja sfery politycznej jest tylko powierzchniowym skutkiem zepsucia tkwiącego znacznie głębiej. Polityka demokratyczna z natury swej nie wyławia ludzi intelektualnie lub moralnie wartościowych, lecz premiuje przeciętność, doraźność i koniunkturalizm. Dlatego też trudno dziwić się, że scena polityczna w III RP przypomina bankiet w podrzędnym lokalu w prowincjonalnej mieścinie o późnej godzinie, kiedy goście nie mają już sił ani na tańce, ani na bijatykę i zmęczeni przysypiają nad pokrytymi resztkami stołami. Podobną sytuację spotykamy zresztą w każdym demokratycznym państwie, gdzie hałaśliwe zmagania niewiele różniących się do siebie ugrupowań pełnią funkcję cyrku dla zabawienia mas, którym trzeba dać uspokajające poczucie, że mają na coś wpływ. Problem nie polega więc na tym, że cyrkowcy nie wiedzą co się dzieje, odgrywając spontanicznie swoją błazenadę, lecz na tym, że ci, którzy siedzą na zapleczu, dawno już sprzedali cyrk, małpy i widownię. Być może, w pewnym momencie przestało im zależeć na nim, a być może – co bardziej prawdopodobne – nigdy im na tym nie zależało.
     Jednakże najistotniejsza przyczyna końca „Polski” jest dużo bardziej banalna – i w sumie ona odgrywa decydującą rolę. Po prostu państwo to powoli przestaje być ludziom potrzebne, w taki sam sposób, w jaki w pewnym momencie przestaje być potrzebna ta czy inna instytucja. Oczywiście, wciąż jeszcze jest spora grupa pasożytów zainteresowanych w podtrzymywaniu istnienia żywiciela, jest też garść idealistów, czczących państwo w akcie niemal religijnej ekstazy, znajdzie się też pokaźna liczba widzów politycznego cyrku, niemogących się na co dzień obejść bez tej rozrywki. Jednak została już przekroczona granica, poza którą struktury państwowe dla większości ludzi nie są już wsparciem, lecz przeszkodą. Stają się instrumentem niszczenia wolności i rabowania własności. A państwo, które wobec własnych obywateli zachowuje się jak okupant, nie zasługuje na obronę. W obecnej sytuacji, kiedy „Polska” stała się wrogiem Polaków, jej los wydaje się przesądzony.

Krzysztof Komenda, „Opcja Na Prawo”, wrzesień 2010 r.

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: