Wojciech Jan Rudny

     Stąd, kiedy widmo bankructwa ZUS powoli dociera do naszej świadomości, pojawiają się różne pomysły, niestety – bardziej głupie niż mądre. Jeden z nich to zaludnienie Polski imigrantami, zwłaszcza ze Wschodu, którzy mieliby ciężko pracować na nasze emerytury. To chyba dość naiwny pomysł. Bo, o ile mi się zdaje, imigranci od ciężkiej pracy zdecydowanie wolą socjale, tak przecież hojnie wypłacane im przez współczesne bogate państwa socjalnej, demokratycznej i zjednoczonej Europy. I czy będzie to Wielka Brytania, Francja, Niemcy czy Szwecja, wszędzie jest tak samo. Wielu moich znajomych z Zachodniej i Północnej Europy mówi mi, że imigranci wolą raczej płodzić dzieci, pobierać zasiłki dla bezrobotnych, nawet kraść, niż pracować. Każdy też widzi, że imigranci traktują Polskę jak kraj tranzytowy, pewnie tylko dlatego, że państwa polskiego nie stać jest na takie świadczenia socjalne jak gdzie indziej.
     Inny absurdalny pomysł naszych polityków to praca… do końca życia. Tego nie wymyśliłby chyba Hitler i Stalin razem nawet wzięci! Żaden totalitarysta nie wpadł na tak nieludzki pomysł. Ale, niestety, wymyślili go nasi demokratyczni politycy. Nie dostrzegają nawet, że taka propozycja łamie podstawowe prawo człowieka do spokojnej starości. Nasi rządzący rodacy są nawet gorsi niż obcy okupanci, ponieważ chcą zmusić nas do pracy aż do późnej starości przy jednoczesnym ciągłym i przymusowym płaceniu składek emerytalnych na ZUS – także do końca życia – i na emerytury, których przecież możemy nawet nigdy na oczy nie oglądać!
     Najbardziej racjonalny wydaje się pomysł ekonomisty Roberta Gwiazdowskiego, który twierdzi, że najlepszym zabezpieczeniem na starość będzie nasze liczne potomstwo. Cóż jednak mają począć ci z nas, którzy nie mogą mieć własnych dzieci? Poza tym w kraju, jak nasz, gdzie kobiety przede wszystkim ze względów ekonomicznych są zmuszone do pracy zarobkowej poza domem, a większość mężczyzn zarabia tak śmiesznie mało, że nie jest w stanie utrzymać nawet dwuosobowej rodziny, pomysł ten, najłagodniej mówiąc, chyba także nie jest trafiony.
     Bez wątpienia przymusowe składki na ZUS łamią nasze podstawowe prawa ludzkie. Łamią nie tylko prawa człowieka, ale i postanowienia naszej Konstytucji. Zmusza się nas bowiem do takiego stanu, kiedy to nie możemy dobrowolnie decydować o naszym życiu i majątku. Robi to za nas rząd i państwo. W miejsce dobrowolności, wolnego wyboru, wkracza przymus państwa i jego administracji. Czy wśród nas nie ma takich, którzy woleliby wpłacać ponad 500 zł (mniej więcej tyle płacimy na nasze przyszłe emerytury – „ubezpieczenie społeczne”; samozatrudniony płaci obecnie 559 zł i 49 groszy) na konto oszczędnościowe, lokaty, niż oddawać co rok państwu ponad 6000 zł na emeryturę, której najprawdopodobniej nigdy w życiu nie zobaczą? Biorąc pod uwagę odsetki składane (bez podatku Belki, którego zadaniem jest chyba tylko zniechęcać nas do oszczędzania) przy minimalnym oprocentowaniu naszej lokaty – tylko 4% w skali roku po 18 latach oszczędzania mielibyśmy 216 000 zł, a po kolejnych 18 latach – 648 000 zł. Po 36 latach oszczędzania bylibyśmy posiadaczami takiego właśnie kapitału. Gdybyśmy zaczęli oszczędzać w wieku 24 lat, to już przy naszych 60 urodzinach mielibyśmy na koncie 648 tysięcy złotych. Przez następne lata nadal moglibyśmy oszczędzać przynajmniej większą część tego kapitału, a nawet jeśli nie, to przez następne 20 lat moglibyśmy wypłacać sobie z tych pieniędzy 2700 zł miesięcznie na rękę! Czy to nie dużo więcej niż oferowane… 400 zł emerytury po ukończeniu 65 roku życia (takim dobrodziejstwem finansowym czarował mnie ZUS w jednym ze swoich urzędowych pism)? Krótkodystansowcy tylko do 70 r. życia wypłacaliby sobie co miesiąc złotych 5400 – też na rękę! (…)
     Musimy zatem płacić składki na ZUS obligatoryjnie, przymusowo, nawet jak nie osiągamy dochodów, a jak nie płacimy, ZUS z przyjemnością naliczy nam odsetki od tych niezapłaconych składek, wyśle swojego windykatora, zajmie nasz majątek… Musimy płacić składki na ZUS (swoją drogą jak się to ładnie nazywa, choć jest to kolejny – po akcyzie, vacie i dochodowym – podatek) jak podatki – do końca naszego życia, kiedy i do tego końca de facto będziemy także musieli pracować. Przeciętna długość życia w Polsce dla mężczyzn to 71 lat (kobiety żyją zwykle kilka lat dłużej), czyli przeciętnemu Polakowi po prawie 40 latach płacenia składek na ZUS zostaje tylko… sześć lat życia na głodowej emeryturze, która nie tylko nie pozwala mu na wykupienie wszystkich lekarstw przepisanych przez lekarza (dlatego pewnie ta średnia długość życia w Polsce wciąż jest krótsza niż u zamożniejszych od naszego społeczeństw), ale i nie starcza na opłacenie czynszu, rachunków za prąd i gaz. Dlatego wdowcy i wdowy są chyba w najgorszym położeniu. Mimo to ci dzisiejsi emeryci wychodzą z tej ZUS-owskiej piramidy finansowej z marnymi, co prawda, pieniędzmi, ale jednak. Kolejni płatnicy składek na ZUS nie dostaną nawet tego, choć wpompują, każdy z osobna, w ten system setki tysięcy ciężko zarobionych złotych!
     ZUS właściwie już zbankrutował, choć, oczywiście, zachowuje wszelkie pozory, i udaje, że wszystko jest w najlepszym porządku. Zupełnie jak ów kredytobiorca robiący dobrą minę do złej gry, kiedy bierze kolejny kredyt na spłacenie starego kredytu, którego nie udało mu się dotąd spłacić o własnych siłach. Brałby tak pewnie kredyty w nieskończoność, ale w końcu trafia do Biura Informacji Kredytowej, co powoduje, że zostaje odcięty od kolejnych zastrzyków bankowej gotówki… Czy podobny los czeka ZUS w niedalekiej przyszłości?
     Gdyby żył Kafka i Orwell mieliby świetny temat do swoich książek. Co prawda wygląda to jak jakaś ponura fantazja literacka niczym „Proces” i „Rok 1984”, ale nią, niestety, nie jest. To po prostu nasza polska rzeczywistość.

„Opcja na Prawo”, nr 9/105, wrzesień 2010 r.

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: